I znowu powrót, tylko dokąd?

Intercity na Zachód to pociąg niebylejaki. Czartoryski do Berlina brzmi dla mnie w pierwszej chwili egzotycznie i bajkowo, choć wiem przecież z biznesowej autopsji, jaka machina się za tym kryje.

Mam w pociągu miejsce, zarezerwowane, zapisane w bilecie, bez rezerwacji nie zabiorą. W Niemczech tak, w Polsce nie. A więc w polskim Intercity każdy ma swoje wykupione miejsce, ma rację bytu, nie trzeba przepychać się na peronie, niepewność nie ma się tu czego złapać. Nie ma ku niej żadnych podstaw. Powoli słyszę takie zdania w głowie i się do nich uśmiecham, bo to już niemieckość wkracza, choć jeszcze po polsku, to jasne.

Już bliżej niż dalej, widok z pociągu na Bergstrasse

A jednak. Pani koło pięćdziesiątki z loczkami wokół głowy jak małe sprężynki zangielszczoną mocną polszczyzną pyta mnie, czy mogę pomóc.

Gdzie dokładnie będzie zatrzymywał się wagon numer 271?

Nie mam pojęcia. Udaje mi się ją uspokoić, że nie wiedzieć to nic nie szkodzi.

Pociąg poczeka, pociąg bez nas nie odjedzie – tłumaczę, bo tego nauczyłam się w kolejach, pociągi bywają spóźnione, ale nie są nieludzkie. Pociąg nie wyjedzie póki oko ludzkie (jeszcze ludzkie, to może się zmienić) nie obejrzy dokładnie peronu i usta ludzkie nie gwizdną. Czas nie gra tu roli.

Pani ma rezerwację? – dopytuję, bo wygląda na spłoszoną.

Mam, mam – powtarza, z jakimś przejęciem, jakby sama chciała się w tym utwierdzić. Papiery lecą na peron, córki w wieku nastoletnim patrzą na nas dużymi piwnymi oczyma, które nic nie rozumieją. Oczy emigrantek.

No to wszytko będzie dobrze, proszę się nie martwić.

Zostawiam ją w tyle, bo mój wagon stanie zapewne trochę dalej. Idąc zastanawiam się, w którą stronę tym razem ten powrót. Mam wrażenie, że po tym tygodniu coś mi się znowu przestawiło.  Myślę o lego, które tworzą dwa różne modele, Julek takie lubi, dają przestrzeń i więcej zabawy. Są nawet takie, z których można stworzyć, co się chce, ale to juz wyższa sztuka jazdy…

Znowu ktoś mnie zagaduje, a ja się zastanawiam, czy mam na czole wypisane, że pracuję w kolejach. A może po prostu jakoś inaczej na nich patrzę, bo rzeczywiście mam czas i oglądam się z zaciekawieniem – ludzie, których mijam, mają w oczach jakąś tęsknotę, kiedy patrzą na wjeżdżający właśnie pociąg, pomieszaną z lękiem, chęć bycia gdzie indziej albo chęć zostania. Chęc podważenia tego, co już zdecydowane. Nieodwołalne. 

Dopiero wchodząc do środka widzę, że mięśnie twarzy się u nich rozluźniają, każdy znajduje swoje miejsce. Niepokój ustaje, pociąg rusza, w poczuciu misji albo nieuchronności.

Każdy tu jest Lieblingsgast… Widok w pociągu

Kiedyś jedna starsza pani opowiadała mi, że w pociągu drganie jej ciała ustaje. Miała chyba Parkinsona. Zastanawiałam się wtedy, czy rzeczywiście tak jest, bo wydawało mi się, że jej dłonie jednak nieco się trzęsą, czy po prostu jej drżenie złączyło się jakoś z tym ruchem pociągu.

– Tak mi dobrze w pociągu, uspokajam się tu – mówiła.

Wtedy jeszcze nie byłam pracownikiem kolei, ale pomyślałam, jakie to wspaniałe, taki pociąg uspokajający.

Siedzę tyłem do kierunku jazdy i czuję sie bezpiecznie. Nie drżę.

– Pani pokaże bilet.

Już chcę wyciągać.

– Nie trzeba, widzę po plecaku, że pani nasza.

Nasza nienasza, to już po niemieckiej stronie. A plecak jest naprawdę pojemny.

Potem dostaję jeszcze czekoladkę z napisem Lieblingsgast. Każdy dostaje. No jak to tak, każdy nie może być ulubiony, myślę sobie, ale czekoladka smakuje znakomicie, czyli jednak może.

Dołącz do dyskusji...